|
 |
|
 |
| |
| Alekstis |

- Z pewnością macie przynajmniej ogólne pojęcie, w jakim celu was tu wezwałem - zaczął podpułkownik Ratcliff. Powiódł wzrokiem po zgromadzonych oficerach wyższych szczebli, naprędce zawezwanych z różnych sektorów kolonii. - W obliczu zaistniałej sytuacji uznałem zwołanie zebrania w trybie pilnym za konieczność.
Puste miejsce u szczytu stołu aż zbyt nachalnie rzucało się wszystkim w oczy. Nikt się nie uśmiechał.
- Teraz, gdy już się tu zebraliśmy...tak, major Carter? - zwrócił się do niskiej blondynki dwa miejsca od siebie, która poruszyła się niespokojnie.
- A... pułkownik Nightroad?
- Podpułkownik Nightroad, jak rozumiem, znajduje się obecnie na terenie oddziału szpitalnego i na bieżąco otrzymuje wszystkie informacje. Dlatego też nie uznałem za stosowne go tu wzywać - Seth Nightlord poderwała głowę, by zmierzyć go uważnym spojrzeniem. - Poprosiłem jednak kapitan Sahl, która pozostaje odpowiedzialna za oddział, by zdała nam oficjalny raport - skinął głową w jej kierunku.
Teraz spojrzenia wszystkich skierowały się na wysoką, szczupłą kobietę, która - co nie uszło niczyjej uwagi - wyjątkowo zajmowała miejsce zazwyczaj zarezerwowane dla pułkownika Nightroada. Mimo ciemnej karnacji, dość łatwo dawało się zauważyć, jak bardzo była blada.
- Pani kapitan, prosimy - ponaglił Ratcliff.
Drgnęła, ciemne palce poszarzały, gdy mimowolnie zacisnęła je na trzymanych dokumentach. Jednak gdy zaczęła mówić, jej głos był cichy, lecz opanowany.
Niespełna kilka godzin wcześniej miała miejsce poważna awaria elektrowni dostarczającej energii jednemu z bardziej oddalonych sektorów kolonii. W eksplozji, która nastąpiła niedługo potem, najpoważniejsze obrażenia odniosło dwóch kierujących ewakuacją oficerów - jeden z nadzorców sektora - porucznik Rand i, przeprowadzający inspekcję - pułkownik Cain Knightlord.
Poszkodowanych natychmiast przetransportowano do szpitala. Badania wykazały...
Lilith wzięła głębszy oddech dochodząc do wyników oględzin lekarskich. Zaryzykowała niepewne spojrzenie na podpułkownika, ale ten gestem dłoni ponaglił ją, by kontynuowała, choć sam bez wątpienia doskonale orientował się we wszystkich szczegółach.
Seth wpatrywała się w ścianę przed sobą, pozwalając by docierało do niej co trzecie, czwarte słowo ze znanego już dobrze, wygłaszanego monotonnym głosem raportu. Stan krytyczny. Rozległe poparzenia. Urazy czaszki. Urazy kręgosłupa. Obrażenia wewnętrzne...
Nie była jedyna. Pozostali oficerowie słuchali ponurej litanii w milczeniu, popatrując na własne dłonie, albo rzucając innym ukradkowe spojrzenia, starając się nie napotkać ich wzroku.
W zupełnej ciszy kapitan Sahl ciągnęła raport tym samym, pozornie wypranym z emocji głosem.
- Dziękuję, to wystarczy - zawyrokował podpułkownik Ratcliff. Splótł spoczywające na blacie dłonie.
- Pani kapitan, pozwoli pani teraz, że spytam wprost. Jakie mają szanse?
Lilith zawahała się.
- Na Ziemi moglibyśmy dokonać rekonstrukcji większości tkanek, ale...
- Jestem tego świadom. Jakie mają szanse tutaj?
Kapitan Sahl nabrała powietrza w płuca.
- Żadnych - przez pokój poniósł się cichy szmer. Uciekła wzrokiem w bok, czując, jak opada z niej ciężar pięciu par oczu. Pułkownik pozostał jedynym, który wciąż się w nią wpatrywał. Brnęła dalej.
- To...kwestia czasu. Obrażenia są zbyt rozległe. Na Ziemi... – urwała. - To znaczy, mam na myśli... Uważamy, że gdyby nie...dodatkowe czynniki, nie mielibyśmy już o czym rozmawiać.
Ratcliff nie spuszczał z niej natarczywego wzroku, jakby wciąż czegoś oczekując.
- Technologia, którą tu dysponujemy, nie wystarczy. Nie zdołamy wyhodować potrzebnych tkanek, nie mamy czym zastąpić uszkodzonych narządów - zacisnęła usta. - Nic się nie da zrobić. Oni umrą, a my zostaniemy bez dowódcy. To chciał pan usłyszeć, pułkowniku? - dokończyła ostrzej, niż zamierzała.
Zapadła krótka cisza.
- Pani kapitan nie ułatwia mi zadania - Ratcliff westchnął. - Dobrze więc. Jako wyżsi oficerowie, jesteście państwo, ufam, dobrze zaznajomieni ze wszystkimi szczegółami projektu Czerwony Mars?
Uśmiechnął się sucho, otrzymując w odpowiedzi sześć krótkich skinięć głową.
- Otóż, wbrew temu, co właśnie powiedziała pani kapitan, w przypadku pułkownika Knightlorda istnieje...alternatywa. Pierwotnie, co prawda w odniesieniu do nieco innych okoliczności, zaplanowano dosyć proste wyjście.
Przypatrująca mu się uważnie Seth otworzyła szerzej oczy.
- Z rozwiązania tego zrezygnowano, uznając przewagę innych korzyści. Ale możliwość nadal istnieje - Ratcliff powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - Znacie ją, być może, pod kryptonimem ‘Alkestis’.
- Nie! - wyrwało się Lilith. Seth zbladła.
- Dobrze rozumiem? Chce pan byśmy decydowali kto ma żyć, a kto zginie? - zapytała major Carter, wyraźnie wzburzona. Przez pomieszczenie przeszedł pomruk.
Podpułkownik Ratcliff uniósł dłoń, prosząc o spokój.
- Major Carter, upewniam się tylko, że wszyscy znamy nasze opcje. Chcę, byśmy razem wybrali to, co będzie najlepsze dla kolonii. Na drodze głosowania, jak ludzie cywilizowani - położył nacisk na ostatnie słowo.
- Cywilizowani, pułkowniku? Ludzie ‘cywilizowani’ nie rozważaliby takiego rozwiązania! - Seth przytrzymała Lilith za ramię, rzucając jej błagalne spojrzenie.
- Pani kapitan, pani się zapomina - powiedział z naciskiem Ratcliff.
- Ja się zapominam?! Pan proponuje morderstwo! - obecni wzdrygnęli się, gdy dłoń z hukiem uderzyła o stół. Złote bransolety na nadgarstku Lilith zadźwięczały. Seth uwiesiła się na jej ramieniu, usiłując ściągnąć ją z powrotem na miejsce.
Reszta oficerów milczała, unikając nawzajem swojego wzroku. Nikt się nie poruszył.
- Kapitan Sahl! Natychmiast proszę o spokój - stanowczo rozkazał pułkownik Ratcliff.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, chłodna kalkulacja przeciwko gorącemu oburzeniu.
Lilith skapitulowała pierwsza, bardzo niechętnie z powrotem zajmując swoje miejsce.
- Proszę mi wybaczyć, sir - powiedziała, zaciskając zęby.
- Przeprosiny przyjęte. Jestem w stanie zrozumieć pani...opory jako lekarza.
Zapadła krótka, niezręczna cisza.
- Z całym szacunkiem, pułkowniku, ale zgadzam się z kapitan Sahl - odezwała się major Carter - To, o czym pan mówi...to nieetyczne. Nie możemy...
- Pozwolę sobie zauważyć, że polityka i dobro ogółu rzadko idą w parze z etyką - przerwała jej beznamiętnie major Li.
Major Carter zatkało. - Pani...pani to popiera?
- Przyjmuję do wiadomości, że pewna...ofiara może się okazać nieodzowna - odpowiedziała Azjatka, niewzruszona.
- Pani słyszy, co pani mówi? To szaleństwo!
- Bynajmniej. Rozważyłam tylko wszystkie za i przeciw.
- Nie rozumiem. Jakby pani mówiła o...o jakiejś grze!
- Jak w ogóle można...!
- Cisza! - o podłogę zazgrzytało odsuwane z całej siły krzesło i po raz drugi w ciągu tego zebrania ktoś uderzył dłonią w blat.
Sześć par oczu uniosło się, napotykając drobną, czarnowłosą figurkę. Seth stała oparta obiema dłońmi o stół, oddychając urywanie, jakby ostatni gest kosztował ją sporo wysiłku.
Podpułkownik Ratcliff spojrzał na nią, wyraźnie zaskoczony.
- Major Nightlord...?
- Pułkowniku, początkowo nie chciałam tego sugerować, ale... - Seth powoli uniosła głowę, omiatając pomieszczenie spojrzeniem przenikliwych, zielonych oczu. Przygryzła wargę. - Być może istnieje trzecie wyjście.
Ratcliff przez chwilę wpatrywał się w nią badawczo, a potem odchylił się na oparcie krzesła z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Mówi pani...? A więc bardzo proszę - zatoczył ręką szeroki gest - słuchamy.
-------
Alkestis - postać z mitologii greckiej, a także bohaterka tragedii Eurypidesa. Najpiękniejsza z córek Peliasa, żona Admetosa. Jej mąż miał uniknąć śmierci w wyznaczonym mu czasie, gdyby jeden z członków jego rodziny dobrowolnie zgodził się zająć jego miejsce. Gdy starzy rodzice Admetosa odmówili złożenia podobnej ofiary, Alkestis zażyła truciznę.
|
· Napisane przez Fioletowooka
dnia styczeń 28 2010 22:44:21·
2 komentarzy ·
108 czytań ·
|
|
|
 |
|
 |
|
| |
| Dodaj komentarz |
|
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
|
|
|
|
 Zamawiając usługi, kliknąwszy na ten banner wspierasz naszą stronę!
|
|
|
| |
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.
|
|
 |
|
|